„Detale”

O artystce:
Liza Billewicz – jedna z najciekawszych przedstawicielek młodego pokolenia fotografii artystycznej; zajmuje się również grafiką i malarstwem. Studiuje w Polsko-Japońskiej Wyższej Szkole Technik Komputerowych, na Wydziale Grafika, na Kierunku Sztuki Nowych Mediów w Warszawie, pod okiem dr Mariusza Gajewskiego. Na swoim koncie ma kilka wystaw zbiorowych i indywidualnych, m.in. w Galerii Bezdomna w Oranżerii Muzeum Pałacu w Wilanowie, w Wyższej Szkole Sztuki i Projektowania w Łodzi czy w PJWSTK.

O wystawie:
Prace autorki cechuje niebywała dojrzałość formalna, która nie wyczerpuje się na prezentacji warsztatu artystycznego. Punkt wyjścia w procesie twórczym może (chociaż nie musi, ponieważ podąża ona własną ścieżką) przywoływać skojarzenia z sytuacją poszukiwań ready-made Marcela Duchampa. Fotografowanie obiektów zwykle pomijanych i wytrącanie ich z potoczności przypomina nadawanie rangi sztuki przedmiotom codziennego użytku. Artystka wydobywa z rzeczywistości elementy pozostające najczęściej w ukryciu; zazwyczaj nie zapisują się w naszej pamięci i przemijają niezauważone. Tutaj wynurzają się za sprawą wrażliwości obiektywu i zostają obdarowane znaczeniem.

Porażająca, konsekwentna rezygnacja z ujęć pokazujących ruch wywołuje niepokój. Chłód spojrzenia Lizy Billewicz przynosi niebywałe napięcie właśnie dzięki unieruchomieniu, jakie opisuje. To jest – pozornie pozbawione emocji – rejestrowanie przemijalności w rozmaitych etapach nieuniknionego upadku. Historia zapominania, degradacji, zanikania. Nie ma tu jednak okrucieństwa, to raczej przyglądanie się życiu pod mikroskopem, z perspektywy badacza zbierającego szczątki, ślady pozostawione przez gatunek, który jeszcze trwa, lecz już rozpoczyna się jego wycofywanie.

Artystka stawia odbiorcę w sytuacji dyskomfortowej. Oglądając jej prace, możemy poczuć się trochę nieswojo ze względu na narzuconą nam rolę oglądacza, kolekcjonera obrazów wpadających w siatkówkę oka. Być może publiczność po trosze staje się jednym z elementów tego zimnego świata.

Z drugiej strony Billewicz imponuje spokojem. W pewien sposób jest to spokój przerażający. Śmiałe, graniczące z naiwnością wchodzenie w strukturę obiektu przypomina niekiedy ufność dziecka wyciągającego rękę ku brzytwie. Na ile to świadome działania, a na ile intuicyjne, spontaniczne odruchy, trudno przesądzić. Skoncentrowana na detalu narratorka podchodzi do obiektu tak blisko, jak to możliwe: tak rozpoczyna się niemal każda z prezentowanych tu opowieści, o której niektórzy napisali tak:

Artystka, która potrafi odnaleźć piękno w najmniejszym detalu zastanej rzeczywistości, swym subiektywnym spojrzeniem zaklinające znane nam motywy w baśniowe światy światła i mroku.

Przedstawiane na zdjęciach przedmioty zmuszają do refleksji nad pięknem tych z pozoru prostych przedmiotów oraz upływem czasu i jego destrukcyjną siłą.

Jest artystką, która kreuje wspaniały klimat makro świata. W zimnych, martwych przedmiotach jest coś przecudownie organicznego. Stal wrasta w beton, tworząc symbiozę tak, jak czyni to huba i brzoza. Liza ma niesamowite wyczucie faktur, które od razu wciągają widza i choć wszystkie te przedmioty są dość czyste, mamy wrażenie, że przykleiły się do nas i naszych oczu. Oglądając zdjęcia Lizy, doświadczam pewnego wyjątkowego stanu – czekam, aż coś nastąpi. I następuje moment scalenia z przedmiotem. Jest w tych uczuciach pewien sentyment dzieci betonowej dżungli. Obcowanie z fotografiami Lizy traktuję jako bardzo intymne przeżycie, wymagające samotnej ciszy i możliwie najmniejszego poziomu światła w pomieszczeniu.

Kompozycje złożone z pordzewiałych śrub, łuszczącej się farby i spękań wywołują nastroje wanitatywne i nie pozwalają przejść obojętnie. Brutalne i zwietrzałe, milczące świadectwa – czy może świadkowie – schyłku czasu. Elementy niegdyś z troską tworzone i pielęgnowane, obecnie porażają swym skorodowanym obliczem. Ponury, zamglony obraz rozweselają nieco drobiazgi zaskakujące swą prostą, niemal dziecinną formą. Możemy jedynie domyślać się przeznaczenia wydzielonych struktur. Radość odkrywania małych detali jest tutaj odbita, przetrawiona, wyrażona formą niepokojącą. Kontrastowa i szorstka materia czasami podejmuje dialog, to znów intryguje milczeniem. Często powraca motyw farby – przypomina niemalże ludzką skórę w przybliżeniu lub rozsypujący się papier starej mapy. Odrealniony, mechaniczny świat niemalże krzykiem eksponuje brud populacji industrialnej. Delikatne pęknięcia drewna snują własne, dyskretnie szeptane historie. Rdza i kurz, beton i drewno, w odcieniach szarości przedstawiają intymne krainy destrukcji, znaki czasu.